Blog Bohdana Wyżnikiewicza

Gospodarka widziana z dystansu

2009-09-21 10:47

Fałszywe mity i statystyka

Na jednym z for dyskusyjnych rozmawiano o tym, że w PRL młodzieży wiejskiej łatwiej było studiować niż obecnie. Jest to hipoteza, którą należałoby zbadać, a nie powierzać jej weryfikację wyczuciu, pamięci, sentymentom itd. Trzeba brać pod uwagę fakt, że w latach 60-tych, kiedy miałem okazję studiować, ponad połowa ludności kraju mieszkała na wsi. Dziś około 39 procent, a już w prawie każdym mieście powiatowym jest jeżeli nie szkoła wyższa, to jej filia albo wydział zamiejscowy. Mówimy więc o dwóch zupełnie innych sytuacjach, a nawet o dwóch różnych społeczeństwach. Jest więc mniejszy zasób kandydatów na studia pochodzących ze wsi. Dyskutanci jakby nie zdawali sobie z tego sprawy.

 

 

Ciekawi mnie czy ktoś gromadzi dane statystyczne na temat partycypacji młodzieży wiejskiej w studiach, przypuszczam, że mogą być tylko wyrywkowe informacje na ten temat.

 

 

Apologeci PRL-u zapominają, że w ich ulubionym systemie malała liczba studentów, co można bez trudu sprawdzić w rocznikach statystycznych. Powód był oczywisty i został elegancko opisany przez Kornaia w „Economics of shortage”: praca niskokwalifikowana była nadmiernie wysoko opłacana z powodu przelewania się niedoborów na kolejne rynki, a rynek pracy był na końcu łańcucha. W efekcie wyższe wykształcenie nie dawało znaczących korzyści dochodowych, co tłumaczy brak zainteresowania studiami wyższymi.

 

 

Od ponad dziesięciu lat mam okazję pracować w pewnej warszawskiej prywatnej szkole wyższej, która specjalizuje się w kształceniu studentów z małych miejscowości i ze wsi. Były lata, kiedy uczelniane autobusy dowoziły studentów kilkadziesiąt kilometrów na zajęcia. Kiedyś przeprowadziłem na próbie kilkudziesięciu studentów tej szkoły test pewnej ankiety. Ankieta zawierała metryczkę, czyli informacje o studentach, między innymi na temat miejsca urodzenia i wykształcenia rodziców. Budujące było, że większość studentów pochodziła ze wsi albo z małych miast, a rodzice prawie wszystkich studentów byli po podstawówkach.

 

 

A tu słyszę, że młodzież ze wsi ma jakoby utrudniony dostęp do studiów. Pogrzebcie ludzie w statystykach, może znajdziecie więcej informacji na ten temat.

2009-09-17 11:22

Zbliża się trzecie starcie

Już w końcu lat 90. związki zawodowe domagały się zakazu pracy obiektów handlowych w niedziele. Kierowałem zespołem, który na zlecenie Ministerstwa Pracy opracował ekspertyzę oceniającą skutki tego pomysłu. Konkluzja mogła być tylko jedna: wzrost bezrobocia i frustracja społeczeństwa. W pierwszym starciu związkowcy przegrali.

 

Związkowcy przyjęli zatem strategię urywania po kawałku handlu w niedziele. Przy sprzyjającym klimacie politycznym udało się im przeforsować zakaz handlu w kilka dni świątecznych, co z bólem, ale zostało przełknięte przez publiczność. Mogło się wydawać, że na tym koniec.

 

Tymczasem szykuje się trzecie starcie. Związki próbują przeforsować zakaz handlu w niedziele po południu. Mam nadzieję, że zwycięży zdrowy rozsądek i trzecie starcie zakończy się jak samo, jak pierwsze. Niezależnie od tego, czy związkowcy wygrają cokolwiek i polegną w tym starciu, to z pewnością będą kolejne.

 

2009-09-15 21:39

Ekonomiści z osłuchania i oczytania

Pisałem już poprzednio na tym blogu i w felietonach w „Parkiecie” o pseudo-ekonomistach, czyli ludziach o wykształceniu innym niż ekonomiczne, którzy zabierają głos na tematy gospodarcze wielokrotnie głosząc brednie, które rzadko kiedy są prostowane. Tylko w okresach nasilonych kampanii wyborczych, kiedy chodzi o minimalizowanie efektu ogłupiania społeczeństwa, powstają społeczne inicjatywy prostowania głupot ekonomicznych. W końcu mamy wolność słowa i każdy może mówić, co mu ślina przyniesie na język.

Tym razem chcę iść krok dalej i spróbować zastanowić się nad źródłami wiedzy takich osób. Podstawowe źródła wiedzy to osłuchanie i oczytanie. Ryszard Bugaj mówił kiedyś o „wiedzy gazetowej”. Ludzie tacy mają pewną wiedzę, czemu rzadko kiedy towarzyszą zdolności analityczne. Pamiętam związkowca, który stał się zawodowym posłem, a ekonomicznie edukował się przysłuchując się obradom komisji sejmowych. Został nawet ministrem skarbu, tyle, że nikt nie pamięta dziś jego nazwiska.

Inny przykład, to nauczyciel fizyki, który został premierem. Pewien mój kolega określał go jako „pełniącego obowiązki ekonomisty” w swojej partii. Podobno dużo czytał (ów nauczyciel) i dokształcał się wieczorami.

Są i tacy, którzy łączą osłuchanie z oczytaniem. Nie jestem pewien, czy czytają właściwe lektury. Na przykład wikipedię. Metoda ich działania jest następująca. W natłoku lektur wybierają takie, które odpowiadają im z różnych względów, na przykład pasują im poglądy, na jakie się natkną (np. lewicowe). Głoszą następnie te poglądy jako własne wspierając się autorytetem autorów znalezionych w swoich lekturach. Nie wiedzą jednak, że w ekonomii można znaleźć wiele rozbieżnych poglądów i przypadkowe natknięcie się na jakiś pogląd o niczym nie świadczy. Tymczasem zawodowy analityk - ekonomista nie musi szperać po Internecie, by wyrazić opinię, tylko formułuje ją na podstawie swojej wiedzy (studia, lektury czasopism i książek, dyskusje, konferencje), doświadczenia i obserwacji rzeczywistości (statystyk). I nie interesuje go, co na ten temat powiedział czy napisał ten czy ów.

Większego nieszczęścia nie ma, jeżeli domorośli ekonomiści ograniczają się do komentowania wydarzeń, na przykład sytuacji makroekonomicznej. Co najwyżej namieszają ludziom w głowach. Prawdziwe nieszczęście zaczyna się, kiedy zostają decydentami. Na szczęście, takie sytuacje zdarzają się coraz rzadziej, jednak zdarzają się.


2009-08-31 13:25

Statystyka a własne przekonania

 

Jako statystyk z zawodu i zamiłowania czuję się w obowiązku prostować rozmaite nieścisłości w interpretowaniu danych statystycznych. Wielu z góry zakłada, że dane statystyczne są do bani. Zwykle ma to miejsce w przypadkach, gdy owi krytycy nie zadają sobie trudu przyjrzenia się metodologii obliczeń czy szacunków.

 

Ostatnio znalazłem taki oto fragment wpisu jednego z ekspertów blogbanku:

 

„… ilość zatrudnionych Amerykanów maleje, a stopa bezrobocia spada, co może nieco dziwić. Może, jeśli się nie wie, że w USA bezrobocie liczone jest inaczej niż w Europie. Gdyby liczyć bezrobocie zgodnie z europejskimi standardami to byłoby ono dużo wyższe. …bezrobocie podawane zgodnie z obecnymi zasadami jest znacznie zaniżone.”

 

Zacznijmy od tego, że mówimy o liczbie osób, a nie o ich ilości. Zdarzają się różnice metodologiczne między krajami w sposobie liczenia bezrobocia, ale na szczęście istnieją organizacje międzynarodowe, które całą drugą połowę XX wieku te kwestie ujednolicały. Można zatem przeprowadzać porównania międzynarodowe, jeżeli się wie, że takie dane istnieją i zada się sobie nieco trudu, by zerkać tam od czasu do czasu. Na stronach internetowych Eurostatu tak właśnie jest.

 

W przypadku bezrobocia organizacją międzynarodową, która opracowała odpowiednią definicję jest ILO (Międzynarodowa Organizacja Pracy). (Kiedy przytoczyłem w swoim blogu tę definicję pewien blogowicz pomówił mnie, że sam ją wymyśliłem).

 

Patrząc na dane podane przez Eurostat nie odnoszę wrażenia, że stopa bezrobocia w USA jest zawyżona. W czerwcu 2009 roku (9,5 proc.) była ona wyższa niż w Unii Europejskiej (8,9 proc.), strefie euro (9,4 proc.), w UE-15 (9,0) czy w Polsce (8,2 proc.).

 

Ponadto, jeżeli nawet stosuje się odmienną metodologię (co nie jest tu faktem), to tendencje zmian można zawsze wychwycić. Chyba, że ma się uraz do wszystkiego, co amerykańskie, niemieckie, czy polskie.

2009-08-28 22:51

Empiryczne obserwacje recesji w USA

Ostatni miesiąc spędziłem podróżując po Stanach Zjednoczonych i przy okazji przyglądałem się przejawom recesji. Tak naprawdę, to przejawy te są trudno zauważalne, choć napotykałem na nie od czasu do czasu. Odniosłem wrażenie, że więcej się mówi o recesji, niż może dostrzec turysta.

W Nowym Jorku na Manhattanie widać było od czasu do czasu puste lokale sklepowe. Mój przyjaciel i kolega ze studiów na pobliskim uniwersytecie tłumaczył, że sklepikarze nie dali rady konkurencji na trudnym rynku. On sam, zajmujący się doradztwem strategicznym odnotował spadek zleceń. Wstrząsający obrazek dostrzegłem na ulicy na terenie kampusu New York University w Greenwich Village. Był wieczór, a na środku chodnika, na fotelu, otoczona kilkoma tobołkami siedziała nobliwie wyglądająca i schludnie ubrana starsza pani, rzecz jasna bezdomna. Bezdomni byli w Nowym Jorku zawsze i zawsze robili na mnie przygnębiające wrażenie, jednak wzrok tej kobiety będę długo pamiętał. Nie dowiem się nigdy, czy padła ona ofiarą recesji czy też inne wydarzenia sprowadziły na nią takie nieszczęście.

Recesja jest wątkiem wykorzystywanym w akcjach reklamowych różnych firm, dużo się o niej mówi. W programie telewizyjnym w ramach reklam słyszałem porady prawne, jak sobie radzić z windykatorami i informacje o stosowanych przez nich nieuprawnionych sztuczkach mających na calu zastraszanie dłużników (na przykład więzieniem). Innych jaskrawych przejawów recesji nie dostrzegłem. Samoloty latały punktualnie podobno z powodu mniejszego ruchu pasażerskiego. Znajomi znajomych przenieśli się do domu na kółkach, bowiem nie byli w stanie spłacać kredytu zaciągniętego na kupno domu.

Dostrzegłem natomiast to, że życie płynęło wartkim potokiem pomijając wątek recesji. Na lotnisku w Denver nie było w piątek rano ani jednego samochodu do wypożyczenia. Warto dodać, że samochody na tym lotnisku można wypożyczać w kilkunastu firmach, a każda firma ma place parkingowe mieszczące po kilkaset aut.

W kurorcie górskim Estes Park (skraj parku narodowego Gór Skalistych) zabrakło wolnych miejsc w motelach. Tłumy przelewały się po ulicy handlowej, a restauracje były pełne gości. Przy okazji przyszło mi do głowy wyjaśnienie pewnego aspektu praw Engla. Jeżeli wielu Amerykanów je większość posiłków poza domem, to ich wydatki na żywność maleją, natomiast rośnie pozycja wydatków „restauracje”.

W Estes Park wiele domów było na sprzedaż. Znajomi mówili, że zawsze tak tam było, a teraz może jest tych domów trochę więcej. Pokazywali mi dom, który nie może znaleźć nabywcy od kilkunastu lat.

Moja podróż wakacyjna to przede wszystkim odwiedzanie ciekawych miejsc. Największe atrakcje turystyczne Ameryki były oblegane jak zawsze, a turyści lokalni i z całego świata tłoczyli się niczym w Rzymie przed Coloseum. Kto nie zarezerwował sobie wcześniej pokoju w hotelu lub motelu, był zmuszony płacić wysokie ceny lub szukać lokum daleko od atrakcji.

Jako makroekonomista dobrze wiem, że indywidualnych odczuć nie można uogólniać. Można jednak łatwo się zorientować, że skutki recesji amerykańskiej rozkładają się nierównomiernie. W dużo mniejszym stopniu, jeśli w ogóle, dotykają one ludzi zamożnych i średnio zamożnych. Kiedy w latach 90-tych przyjeżdżałem do Niemiec  w czasie panującej tam recesji, to wielokrotnie nasuwała mi się refleksja, że dobrze byłoby mieć podobną recesję w Polsce. W Berlinie nie udało mi się wówczas dostrzec jakiegokolwiek przejawu recesji.

2009-08-28 1:04

Informacja czy dezinformacja?

Źródło: Bankier.pl/IAR

PKB USA spadł w II kwartale o 1 proc.


Produkt Krajowy Brutto USA spadł w drugim kwartale 2009 roku o 1,0 proc. - podał w czwartek Departament Handlu USA w kolejnym wyliczeniu.

Opublikowane dane były lepsze od oczekiwań analityków, którzy prognozowali, że wzrost gospodarczy w USA wyniesie –1,4%. Kwartał wcześniej wskaźnik ten osiągnął zanualizowaną dynamikę –6,4%.

Powyżej przytoczyłem początek informacji z serwisu Bankiera.pl

Mamy tu typowy przykład informacji, która dezinformuje.

Po pierwsze, komunikat NBER jest kolejnym szacunkiem tempa wzrostu PKB (a nie dynamiki), który nie różni się od poprzedniego, podanego 31 lipca.

Po drugie, komunikat sugeruje, że wskaźnik dla drugiego kwartału nie był “zanualizowany”, a wskaźnik dla pierwszego kwartału był “zanualizowany”.

Po trzecie, wypadałoby wyjaśnić, że konwencja liczenia tempa kwartalnej zmiany PKB w USA jest inna niż w Europie. W konwencji europejskiej podany wskaźnik dla USA oznacza spadek poziomu PKB o 0,3 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału.

Kwestie te wyjaśniałem wielokrotnie na łamach prasy i w tutejszym blogu. Jak widać, dziennikarzom IAR przydałoby się przeszkolenie. Serwisowi Bankiera.pl radziłbym staranniejszy dobór źródeł przytaczanych informacji.

PS. Wróciłem po miesięcznym urlopie. Jak tylko opędzę się z najpilniejszymi sprawami, napiszę tekst o moich wakacyjnych obserwacjach z perspektywy mikroekonomicznej dotyczących recesji w niezwykle ważnym kraju dla gospodarkiglobalnej. Obiecuję, że będzie kontrowersyjnie.

2009-07-23 11:31

Prywatyzacja i związki zawodowe

Informacja rządu o zamiarze sprzedaży 10-40 procent akcji KGHM wywołała, jak pisze Gazeta Giełdy Parkiet, oburzenie związkowców. W wywiadzie dla Parkietu przewodniczący Solidarności w KGHM z jednej strony narzeka na wypompowanie przez Skarb Państwa 10 mld złotych ze spółki w ciągu kilku lat jako dywidendy, a z drugiej strony obawia się, że inwestor prywatny wydobędzie resztę surowca i “zgasi światło”.

 

Doprawdy nie wiem kto tu gorszy, czy Skarb Państwa, czy prywatny inwestor, obydwaj właściciele chcą źle dla KGHM. Jeden zgarnia kasę, przez co uniemożliwia inwestowanie, o drugim przypuszcza się, że tylko czeka, by się wzbogacić kosztem załogi. Skoro po obecnym właścicielu niczego dobrego nie można się spodziewać, zatem może spróbować z drugim, choć nie wierzę, by będzie to jeden osobnik, raczej będzie to rozproszony akcjonariat.

 

A może chodzi o to, że lepszy stary wróg niż nowy przyjaciel. Temu drugiemu może przyjść na myśl nie opłacać z kasy spółki wynagrodzeń związkowców i sprowadzić związki zawodowe na właściwe im miejsce. Spółki Skarbu Państwa, czego by o nich nie mówić, są w końcu rajem dla związków zawodowych.

2009-06-30 18:04

Pesymiści powoli wymiękają

Fascynujące jest obserwowanie ewolucji prognoz gospodarczych dla Polski. Dotychczasowi pesymiści odpuszczają sobie i korygują w górę swoje prognozy. Największym znanym mi pesymistą jest Capital Economics przedstawiający się jako wiodący ośrodek badań makroekonomicznych w świecie (…one of the leading independent macro economic research consultancies in the world, providing research on the US, Europe, Asia and the UK…). W styczniu prognoza CE dla polskiego PKB wynosiła jeszcze +1 procent, by od marca wejść na silne pozycje negatywne –2,5 proc., w kwietniu i w maju okopać się na –3 proc. i zaskoczyć publiczność wytryskiem optymizmu w czerwcu prognozą –1,5 proc.

Nie zawracałbym bym czytelnikom bloga głowy CE, gdyby nie ich programowy pesymizm wobec naszego kraju, a także wymienienie prognoz tego ośrodka przez tygodnik The Economist przy omawianiu sytuacji gospodarczej Polski kilka tygodni temu.

Nie ukrywam, że denerwuje mnie niesprawiedliwe krakanie tego typu na temat gospodarki naszego kraju przez wiele ośrodków zagranicznych. Piszę na ten temat w gazetach i na tym blogu. Ciekawi mnie, jakie założenia doprowadziły autorów prognozy dla Polski na 2009 rok z CE do tak ponurego obrazu. Ciekawi mnie także, kiedy Komisja Europejska skoryguje swoją prognozę polskiego PKB na 2009 rok (-1,4 proc.), która, na dzisiaj, jest prawie tak samo pesymistyczna jak prognoza króla pesymistów, czyli Capital Economics.

2009-06-22 10:22

Słabną notowania Polski tylko w głowach analityków z Euler Hermes

Bankier.pl w swoim serwisie zamieścił za wortalem PRnews tekst pt. Słabną notowania ekonomiczne Polski autorstwa ekspertów z Euler Hermes. W tekście czytamy:

 

„Luka w finansowaniu zewnętrznym uległa pogłębieniu i w dużej mierze była pokrywana przez likwidację rezerw walutowych, które od połowy 2008 r. do końca pierwszego kwartału 2009 stopniały o 28%.”

 

Jest to typowy przykład braku dociekliwości, żeby nie powidzieć amatorszczyzny w interpretacji danych statystycznych. Na stronach internetowych NBP każdy może się dowiedzieć, że od końca 2007 roku NBP zajmuje się “bieżącym zarządzaniem płynnością aktywów rezerwowych”. W praktyce oznacza to zaciąganie krótkookresowych zobowiązań za granicą w celu korzystnego inwestowania pozyskanych środków, także za granicą. Tego typu operacja w konwencji bilansu płatniczego oznacza zwiększenie pozycji w statystyce bankowej „oficjalne aktywa rezerwowe” popularnie zwane rezerwami dewizowymi. Obrót tymi środkami jest dość szybki, zatem poziom rezerw dewizowych zmienia się również szybko.

 

Najważniejszą składową rezerw dewizowych decydującą o bezpieczeństwie ekonomicznym kraju jest tzw. foreign exchange, które między sierpniem 2008 roku a końcem maja 2009 roku zwiększyły się z 41,7 do 42,8 mld euro. Inaczej mówiąc rezerwy dewizowe o ile nie zwiększają się, to wykazują stabilny poziom.

 

Żeby tego było mało, “bieżące zarządzanie płynnością aktywów rezerwowych” oznacza także falujące zwiększanie poziomu zagranicznego zadłużenia Polski. Ten fakt z kolei miał pewien wpływ na konkluzje sławetnego listopadowego raportu banku JP Morgan w sprawie tzw. poduszki finansowej.

 

W tym wpisie wykorzystałem fragment mojego felietonu zamieszczonego 22 stycznia w Parkiecie pt. Pułapki bilansu płatniczego.

 

PS. Pozwoliłem sobie zmienić tytuł bloga po otrzymaniu wyjaśnień od spólki Euler Hermes. Dowiedziałem się między innymi, że przy opracowywaniu raportu posłużono się danymi IMF w dolarach i tylko danymi do końca I kwartału. Rzeczywiście, w danych IMF w pozycji foreign exchange nie oddzielono innych należności w walutach wymienialnych, co mogło sugerować spadek pozycji foreign exchange. Nie zmienia to jednak faktu, że konkluzja raportu Euler Hermes o likwidacji 28 procent polskich rezerw walutowych na potrzeby finansowania zewnętrznego była błędna. 

2009-06-15 9:45

Budżet i założenia makroekonomiczne

Założenia makroekonomiczne, a szczególnie wzrost PKB to najważniejsze wskaźniki decydujące o planowanych wydatkach i dochodów budżetu państwa. Kilkanaście lat porównywania założeń makroekonomicznych z ich rezultatami pozwala sformułować kilka prawidłowości.

 

Po pierwsze, z nielicznymi wyjątkami, założenia makroekonomiczne były wyważone, żeby nie powiedzieć konserwatywne. Jest to słusznie podejście, zwłaszcza, że założenia muszą być formułowane na pół roku przed rokiem budżetowym.

 

Po drugie, praktycznie nie zmieniano założeń makroekonomicznych w trakcie realizacji budżetu. Wynika to z potrzeby dokonania dość praco- i czasochłonnych przeliczeń. Bieżący rok jest pod tym względem wyjątkowy, stąd też zapowiadana na lipiec nowelizacja budżetu.

 

Po trzecie, przyjęcie bardziej pesymistycznych założeń sprzyja łatwiejszej realizacji budżetu. Szczególnego komfortu w wykonaniu zapisów ustawy budżetowej dostarcza założenie niższego (niż następuje w rzeczywistości) wzrostu PKB wraz z niskim wskaźnikiem inflacji. Oznacza to asekurację z dwóch stron. Z jednej prowadzi do ustalenia wydatków na odpowiednio niskim poziomie, a z drugiej przyczynia się do uzyskiwania wyższych dochodów. Podatki i inne opłaty dla fiskusa są w końcu funkcją poziomu produkcji z drugiej strony.