Kto zechce być urzędnikiem?
Od pewnego czasu ekonomiści z krwi i kości przestają się decydować na obejmowanie stanowisk rządowych. Powód? Paranie się polityką przez ekspertów coraz częściej fatalnie się dla nich kończy. Są wmanipulowywani w różne afery, stają się przedmiotem ataków medialnych, a niektórzy pełnią rolę dyżurnych wrogów ludu. Praca w sektorze prywatnym czy w nauce co prawda nie stawia ich codziennie przed kamerami czy mikrofonami, ale za to korzyści materialne bywają większe, a stresy mniejsze.
Ostatnie wydarzenia mogą przyczynić się do rezygnacji z pracy czy zamiaru pracy w administracji urzędników niższego szczebla. Okazuje się mianowicie, że służby centralne podsłuchują na potęgę setkę urzędników resortu skarbu. Nawet najuczciwszy urzędnik może stać się bohaterem stenogramów podsłuchów rozmów wyciekających do prasy. Wystarczy, że zadzwoni do niego inny urzędnik, który ma coś na sumieniu. Wystarczy wyrwany z kontekstu fragment rozmowy.
Niewątpliwa korzyść z ujawniania zapisów rozmów, to, mam nadzieję, większa wstrzemięźliwość w używaniu wulgaryzmów w rozmowach telefonicznych przez prostackich polityków czy urzędników.
Konsekwencje gospodarcze aktywności służb specjalnych mogą doprowadzić do wielce niekorzystnych zjawisk:
- coraz mniej osób o dobrym przygotowaniu merytorycznym zechce pracować w administracji rządowej czy samorządowej,
- nastąpi kroczący paraliż decyzyjny z obawy o posądzenia o przekręty czy nepotyzm.
W rezultacie i tak już ospale działająca biurokracja zacznie działać jeszcze bardziej ospale.