Muszę przyznać, że z pewnym zaskoczeniem obserwuję zamęt wokół PKB. Jakiś czas temu, przy komentowaniu komunikatu GUS napisałem w felietonie do Rzeczpospolitej, że PKB jest moim kandydatem na bohatera sezonu. Nawet nie przypuszczałem, że tak się rzeczywiście stanie. Namawiałbym redaktorów The Warsaw Voice, by rozważyli tę kandydaturę jako laureata „krzesła roku 2009”.
Cała sprawa polega na grubym nieporozumieniu i dziwię się, że kilku noblistów dało się namówić na uczestnictwo w zespole, któremu przewodniczył Joseph Stiglitz. Z góry bowiem było wiadomo, że jest rzeczą niemożliwą zastąpienie PKB innym, naprędce sporządzonym wskaźnikiem, który nie miałby tzw. wad PKB i równocześnie satysfakcjonowałby polityków poprzez ogarnięcie niemierzalnych parametrów, takich jak skuteczność władzy, zadowolenie obywateli, czy wreszcie satysfakcję społeczną ze sprawiedliwego rozkładu dochodów. Koncert życzeń jest dłuższy, nie będę go tu przytaczał.
Nieporozumienie wzięło się stąd, że ktoś wpadł na pomysł, żeby PKB, który został pomyślany i zaprojektowany jako miernik wartości nowowytworzonej spełniał dodatkowo wiele innych zadań wspomnianych wyżej. To jakby wyrażać rozczarowanie z faktu, że termometr lekarski mierzy tylko temperaturę ciała pacjenta, a nie formułuje diagnoz choroby.
Polecam tekst Witolda Gadomskiego w Gazecie Wyborczej z poniedziałku 21 września „Czym zastąpić PKB”, w którym wyjaśnionych zostało wiele nieporozumień z raportu zespołu Stiglitza „Wielkie oszustwo PKB”. Katalog zarzutów wobec PKB w niczym mnie nie zaskoczył, były one znane od dawna. Oczywiście, poza krytyką koncepcji PKB sprawa nowego wskaźnika nie posunęła nie naprzód, bo nie mogła się posunąć.
Wkrótce ukaże się mój felieton w Parkiecie na ten temat. Konkluzje z tego felietonu rozwinę w kolejnym wpisie.