Blog Bohdana Wyżnikiewicza

Gospodarka widziana z dystansu

Archiwum: wrzesień 2009

2009-09-25 22:34

Mission impossible czyli próby „zastąpienia” PKB

Muszę przyznać, że z pewnym zaskoczeniem obserwuję zamęt wokół PKB. Jakiś czas temu, przy komentowaniu komunikatu GUS napisałem w felietonie do Rzeczpospolitej, że PKB jest moim kandydatem na bohatera sezonu. Nawet nie przypuszczałem, że tak się rzeczywiście stanie. Namawiałbym redaktorów The Warsaw Voice, by rozważyli tę kandydaturę jako laureata „krzesła roku 2009”.

Cała sprawa polega na grubym nieporozumieniu i dziwię się, że kilku noblistów dało się namówić na uczestnictwo w zespole, któremu przewodniczył Joseph Stiglitz. Z góry bowiem było wiadomo, że jest rzeczą niemożliwą zastąpienie PKB innym, naprędce sporządzonym wskaźnikiem, który nie miałby tzw. wad PKB i równocześnie satysfakcjonowałby polityków poprzez ogarnięcie niemierzalnych parametrów, takich jak skuteczność władzy, zadowolenie obywateli, czy wreszcie satysfakcję społeczną ze sprawiedliwego rozkładu dochodów. Koncert życzeń jest dłuższy, nie będę go tu przytaczał.

Nieporozumienie wzięło się stąd, że ktoś wpadł na pomysł, żeby PKB, który został pomyślany i zaprojektowany jako miernik wartości nowowytworzonej spełniał dodatkowo wiele innych zadań wspomnianych wyżej. To jakby wyrażać rozczarowanie z faktu, że termometr lekarski mierzy tylko temperaturę ciała pacjenta, a nie formułuje diagnoz choroby.

Polecam tekst Witolda Gadomskiego w Gazecie Wyborczej z poniedziałku 21 września „Czym zastąpić PKB”, w którym wyjaśnionych zostało wiele nieporozumień z raportu zespołu Stiglitza „Wielkie oszustwo PKB”. Katalog zarzutów wobec PKB w niczym mnie nie zaskoczył, były one znane od dawna. Oczywiście, poza krytyką koncepcji PKB sprawa nowego wskaźnika nie posunęła nie naprzód, bo nie mogła się posunąć.

Wkrótce ukaże się mój felieton w Parkiecie na ten temat. Konkluzje z tego felietonu rozwinę w kolejnym wpisie.


2009-09-21 10:47

Fałszywe mity i statystyka

Na jednym z for dyskusyjnych rozmawiano o tym, że w PRL młodzieży wiejskiej łatwiej było studiować niż obecnie. Jest to hipoteza, którą należałoby zbadać, a nie powierzać jej weryfikację wyczuciu, pamięci, sentymentom itd. Trzeba brać pod uwagę fakt, że w latach 60-tych, kiedy miałem okazję studiować, ponad połowa ludności kraju mieszkała na wsi. Dziś około 39 procent, a już w prawie każdym mieście powiatowym jest jeżeli nie szkoła wyższa, to jej filia albo wydział zamiejscowy. Mówimy więc o dwóch zupełnie innych sytuacjach, a nawet o dwóch różnych społeczeństwach. Jest więc mniejszy zasób kandydatów na studia pochodzących ze wsi. Dyskutanci jakby nie zdawali sobie z tego sprawy.

 

 

Ciekawi mnie czy ktoś gromadzi dane statystyczne na temat partycypacji młodzieży wiejskiej w studiach, przypuszczam, że mogą być tylko wyrywkowe informacje na ten temat.

 

 

Apologeci PRL-u zapominają, że w ich ulubionym systemie malała liczba studentów, co można bez trudu sprawdzić w rocznikach statystycznych. Powód był oczywisty i został elegancko opisany przez Kornaia w „Economics of shortage”: praca niskokwalifikowana była nadmiernie wysoko opłacana z powodu przelewania się niedoborów na kolejne rynki, a rynek pracy był na końcu łańcucha. W efekcie wyższe wykształcenie nie dawało znaczących korzyści dochodowych, co tłumaczy brak zainteresowania studiami wyższymi.

 

 

Od ponad dziesięciu lat mam okazję pracować w pewnej warszawskiej prywatnej szkole wyższej, która specjalizuje się w kształceniu studentów z małych miejscowości i ze wsi. Były lata, kiedy uczelniane autobusy dowoziły studentów kilkadziesiąt kilometrów na zajęcia. Kiedyś przeprowadziłem na próbie kilkudziesięciu studentów tej szkoły test pewnej ankiety. Ankieta zawierała metryczkę, czyli informacje o studentach, między innymi na temat miejsca urodzenia i wykształcenia rodziców. Budujące było, że większość studentów pochodziła ze wsi albo z małych miast, a rodzice prawie wszystkich studentów byli po podstawówkach.

 

 

A tu słyszę, że młodzież ze wsi ma jakoby utrudniony dostęp do studiów. Pogrzebcie ludzie w statystykach, może znajdziecie więcej informacji na ten temat.


2009-09-17 11:22

Zbliża się trzecie starcie

Już w końcu lat 90. związki zawodowe domagały się zakazu pracy obiektów handlowych w niedziele. Kierowałem zespołem, który na zlecenie Ministerstwa Pracy opracował ekspertyzę oceniającą skutki tego pomysłu. Konkluzja mogła być tylko jedna: wzrost bezrobocia i frustracja społeczeństwa. W pierwszym starciu związkowcy przegrali.

 

Związkowcy przyjęli zatem strategię urywania po kawałku handlu w niedziele. Przy sprzyjającym klimacie politycznym udało się im przeforsować zakaz handlu w kilka dni świątecznych, co z bólem, ale zostało przełknięte przez publiczność. Mogło się wydawać, że na tym koniec.

 

Tymczasem szykuje się trzecie starcie. Związki próbują przeforsować zakaz handlu w niedziele po południu. Mam nadzieję, że zwycięży zdrowy rozsądek i trzecie starcie zakończy się jak samo, jak pierwsze. Niezależnie od tego, czy związkowcy wygrają cokolwiek i polegną w tym starciu, to z pewnością będą kolejne.

 


2009-09-15 21:39

Ekonomiści z osłuchania i oczytania

Pisałem już poprzednio na tym blogu i w felietonach w „Parkiecie” o pseudo-ekonomistach, czyli ludziach o wykształceniu innym niż ekonomiczne, którzy zabierają głos na tematy gospodarcze wielokrotnie głosząc brednie, które rzadko kiedy są prostowane. Tylko w okresach nasilonych kampanii wyborczych, kiedy chodzi o minimalizowanie efektu ogłupiania społeczeństwa, powstają społeczne inicjatywy prostowania głupot ekonomicznych. W końcu mamy wolność słowa i każdy może mówić, co mu ślina przyniesie na język.

Tym razem chcę iść krok dalej i spróbować zastanowić się nad źródłami wiedzy takich osób. Podstawowe źródła wiedzy to osłuchanie i oczytanie. Ryszard Bugaj mówił kiedyś o „wiedzy gazetowej”. Ludzie tacy mają pewną wiedzę, czemu rzadko kiedy towarzyszą zdolności analityczne. Pamiętam związkowca, który stał się zawodowym posłem, a ekonomicznie edukował się przysłuchując się obradom komisji sejmowych. Został nawet ministrem skarbu, tyle, że nikt nie pamięta dziś jego nazwiska.

Inny przykład, to nauczyciel fizyki, który został premierem. Pewien mój kolega określał go jako „pełniącego obowiązki ekonomisty” w swojej partii. Podobno dużo czytał (ów nauczyciel) i dokształcał się wieczorami.

Są i tacy, którzy łączą osłuchanie z oczytaniem. Nie jestem pewien, czy czytają właściwe lektury. Na przykład wikipedię. Metoda ich działania jest następująca. W natłoku lektur wybierają takie, które odpowiadają im z różnych względów, na przykład pasują im poglądy, na jakie się natkną (np. lewicowe). Głoszą następnie te poglądy jako własne wspierając się autorytetem autorów znalezionych w swoich lekturach. Nie wiedzą jednak, że w ekonomii można znaleźć wiele rozbieżnych poglądów i przypadkowe natknięcie się na jakiś pogląd o niczym nie świadczy. Tymczasem zawodowy analityk - ekonomista nie musi szperać po Internecie, by wyrazić opinię, tylko formułuje ją na podstawie swojej wiedzy (studia, lektury czasopism i książek, dyskusje, konferencje), doświadczenia i obserwacji rzeczywistości (statystyk). I nie interesuje go, co na ten temat powiedział czy napisał ten czy ów.

Większego nieszczęścia nie ma, jeżeli domorośli ekonomiści ograniczają się do komentowania wydarzeń, na przykład sytuacji makroekonomicznej. Co najwyżej namieszają ludziom w głowach. Prawdziwe nieszczęście zaczyna się, kiedy zostają decydentami. Na szczęście, takie sytuacje zdarzają się coraz rzadziej, jednak zdarzają się.