Statystyka a własne przekonania
Jako statystyk z zawodu i zamiłowania czuję się w obowiązku prostować rozmaite nieścisłości w interpretowaniu danych statystycznych. Wielu z góry zakłada, że dane statystyczne są do bani. Zwykle ma to miejsce w przypadkach, gdy owi krytycy nie zadają sobie trudu przyjrzenia się metodologii obliczeń czy szacunków.
Ostatnio znalazłem taki oto fragment wpisu jednego z ekspertów blogbanku:
„… ilość zatrudnionych Amerykanów maleje, a stopa bezrobocia spada, co może nieco dziwić. Może, jeśli się nie wie, że w USA bezrobocie liczone jest inaczej niż w Europie. Gdyby liczyć bezrobocie zgodnie z europejskimi standardami to byłoby ono dużo wyższe. …bezrobocie podawane zgodnie z obecnymi zasadami jest znacznie zaniżone.”
Zacznijmy od tego, że mówimy o liczbie osób, a nie o ich ilości. Zdarzają się różnice metodologiczne między krajami w sposobie liczenia bezrobocia, ale na szczęście istnieją organizacje międzynarodowe, które całą drugą połowę XX wieku te kwestie ujednolicały. Można zatem przeprowadzać porównania międzynarodowe, jeżeli się wie, że takie dane istnieją i zada się sobie nieco trudu, by zerkać tam od czasu do czasu. Na stronach internetowych Eurostatu tak właśnie jest.
W przypadku bezrobocia organizacją międzynarodową, która opracowała odpowiednią definicję jest ILO (Międzynarodowa Organizacja Pracy). (Kiedy przytoczyłem w swoim blogu tę definicję pewien blogowicz pomówił mnie, że sam ją wymyśliłem).
Patrząc na dane podane przez Eurostat nie odnoszę wrażenia, że stopa bezrobocia w USA jest zawyżona. W czerwcu 2009 roku (9,5 proc.) była ona wyższa niż w Unii Europejskiej (8,9 proc.), strefie euro (9,4 proc.), w UE-15 (9,0) czy w Polsce (8,2 proc.).
Ponadto, jeżeli nawet stosuje się odmienną metodologię (co nie jest tu faktem), to tendencje zmian można zawsze wychwycić. Chyba, że ma się uraz do wszystkiego, co amerykańskie, niemieckie, czy polskie.