Blog Bohdana Wyżnikiewicza

Gospodarka widziana z dystansu

Archiwum: luty 2009

2009-02-25 16:09

Socjalizm po bankowemu w USA

PAP podał przed chwilą 25 lutego, godz 12;45: Northern Trust, amerykański bank, który otrzymał wsparcie rządowe w wysokości 1,6 mld USD, wydał spore sumy na organizację przyjęć i koncertów z udziałem celebrytów w Los Angeles. Bank sponsorował imprezę Northern Trust Open, która odbyła się w Los Angeles w ub. tygodniu. Bank zapewnił transport dla setek klientów i pracowników do Los Angeles i opłacił zakwaterowanie w najlepszych hotelach: Beverly Wilshire w Beverly Hills, Loews Santa Monica Beach Hotel i Ritz Carlton. Wśród celebrytów byli członkowie grupy Chicago, Earth, Wind & Fire i Sheryl Crow. Northern Trust ostatnio zwolnił 450 pracowników, a prezes banku określił obecne warunki rynkowe jako “nadzwyczajnie trudne”.

 

Bardzo zdziwiłbym się, gdybym przeczytał, że bank po otrzymaniu pomocy państwa obniżył wynagrodzenia zarządowi, zrezygnował z objawów przepychu i stał się bardziej konkurencyjny.

 

To co opisał PAP jest podręcznikową ilustracją zachowań znanych z realnego socjalizmu: darowane środki wydaje się lekką rączką i w razie kłopotów zawsze można liczyć na pomoc państwa.


2009-02-24 22:42

O euro raz jeszcze

Nie bardzo wiem dlaczego najwięcej komentarzy otrzymuję do wpisów w sprawie wprowadzenia w Polsce euro. Wśród autorów komentarzy przeważają nieprzejednani eurosceptycy. W tej grupie osób znajduje się, ku mojemu ubolewaniu, także głowa państwa. W dzisiejszym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” znalazłem, między innymi, takie oto dwa stwierdzenia: „różne grupy zainteresowań – nie mówię, że to są zawsze lobbies – naciskają na szybkie wejście do strefy euro”. I drugie o raporcie NBP, który jasno mówi, że korzyści z przyjęcia euro przeważają nas stratami (tak brzmiało sformułowanie z pytania dziennikarzy). Prezydent odpowiada: “zdaję sobie sprawę, że wśród części ekonomistów, wśród części przedsiębiorców i w niektórych grupach interesów tego rodzaju opinia przeważa, ale to nie znaczy, że muszę ją podzielać”.

 

Łącząc oba stwierdzenia okazuję się, że grupy zainteresowań to ekonomiści (uważam, że nie część, ale większość) i przedsiębiorcy (zdecydowana większość). Głowa państwa ma oczywiście prawo do swojego zdania, wspieranego, jak przypuszczam, radami Ryszarda Bugaja.

 

Lektura felietonu Jana Wróbla w dzisiejszym „Dzienniku” wiele wyjaśnia. Komentator podsuwa prezydentowi 11 powodów, by nie przyjąć euro. Podam wybrane:

 

1. Bo nie.

3. Przemek Gosiewski mówił raz, że euro jest chyba złe, bo tak przeczytał w Internecie.

4. Bugaj był kiedyś w Belgii, zapłacił za frytki w euro i proszę – zgubił portfel.

5. Euro maja Niemcy.

8. A propos TVN lubi euro.

9. Na pewno wprowadzą na euro podobiznę Lecha Wałęsy.

11. Euro jest głupi i ma pchły.

 

PS. Już wiem dlaczego jestem za euro: nie jadam frytek (paskudztwo) i nie zgubiłem portfela w Belgii. Co prawda straciłem portfel we Włoszech, ale było tam tylko 50 złotych i kawałek karty pokładowej na samolot. Bruksela rozliczyła tę podróż na konferencję bez tego papierka (punkt dla euro). W końcu 50 złotych to niewielka strata, a od tej pory portfel noszę wyłącznie w zamkniętych kieszeniach, by nabrać właściwych nawyków przed wprowadzeniem euro w Polsce. Poza tym jestem zwolennikiem płacenia dobrze ubezpieczoną kartą płatniczą.


2009-02-13 21:21

Amerykańska recesja płytsza od europejskiej

Dzisiejsza informacja Eurostatu pokazuje, że amerykańskie PKB w 2008 roku rosło szybciej niż średnio w krajach Unii Europejskiej. Dla wielu, zwłaszcza dla tych, którzy ogłosili bankructwo Stanów Zjednoczonych taka informacja musi być nie lada szokiem.

Dane Eurostatu podają tempo wzrostu PKB w porównywalnym układzie. Jest to o tyle ważne dla poprawności porównań, że Amerykanie (Bureau of Economic Analysis) stosują inny, nieporównywalny z europejskim standard liczenia kwartalnego PKB. Eurostat nie podał jeszcze szacunku dla całego roku, ujawnione zostały tylko informacje kwartalne. Wystarczy to jednak, by podana we wstępie informacja była prawdziwa.

Tylko w pierwszym kwartale 2008 roku wzrost PKB (w stosunku do poprzedniego kwartału) w całej Unii (0,6 proc.) i w strefie euro (0,7 proc.) był wyższy niż w USA (0,2 proc.). W kolejnych trzech kwartałach USA wyraźnie górowało nad Europą. W czwartym kwartale było to odpowiednio -1,5 proc. i -1,5 proc., a w USA -1,0 proc. W tej konwencji obliczeń spadek kwartalnego PKB w Europie rozpoczął się w drugim kwartale 2008 r., a w USA w trzecim. Przy zastosowaniu innej miary, czyli odnoszenia kwartalnego wzrostu do odpowiednich kwartałów z poprzedniego roku Stany Zjednoczone jeszcze wyraźniej górują nad Europą.

Taki scenariusz jest potwierdzeniem niepopularnej [szczególnie wśród blogbankowców] tezy, że gospodarka amerykańska otwarta na świat i bardziej zliberalizowana niż europejska, lepiej sobie radzi z globalnym kryzysem finansowym i gospodarczym niż bardziej zetatyzowana gospodarka Wspólnoty Europejskiej. Świadomie pomijam tu wątek pakietów pomocowych dla gospodarek i systemów finansowych aplikowanych przez wiele rządów.

Podane informacje o PKB są wstępne i zostaną wkrótce zweryfikowane. Dane ostateczne nie powinny jednak zmienić tak nieoczekiwanego biegu wydarzeń.

Korzystałem, jak zwykle, z informacji Eurostatu:

http://epp.eurostat.ec.europa.eu/pls/portal/docs/PAGE/PGP_PRD_CAT_PREREL/PGE_CAT_PREREL_YEAR_2009/PGE_CAT_PREREL_YEAR_2009_MONTH_02/2-13022009-EN-AP.PDF


2009-02-09 10:50

Czym jest statystyka, czym jest gospodarka…

Niektórym najłatwiej jest pisać o czymś, o czym ma się marne pojęcie i jeszcze na dodatek zajmują się zwalczaniem tego czegoś. Chodzi mi konkretnie o Janusza Korwina-Mikkego, który od lat pastwi się nad statystyką. Postulował kiedyś, całkiem serio, zlikwidowanie GUS-u, jako instytucji całkiem zbędnej. Niecały rok temu statystyką nazwał nieudolne badanie ankietowe przeprowadzone przez studentów SGH. Ostatnio kolejny raz dołożył statystyce, a raczej rocznikowi statystycznemu, w którym nie widać pracy kobiet w domu.

Po pierwsze, od statystyki nie można wymagać, by spełniała ona życzenia wszystkich, a w szczególności, by opisywała pracę w domu kogokolwiek. Doprawdy nie wiem dlaczego wszyscy czepiają się Kowalskich.

Po drugie, rzeczy, których według JK-M nie ma w roczniku statystycznym, tak naprawdę częściowo są, tylko trzeba wiedzieć, gdzie. Polecam lekturę rozdziału XXV Rocznika Statystycznego 2008 poświęconego rachunkom narodowym. Można tam znaleźć dane o przepływach finansowych miedzy sektorami instytucjonalnymi, w tym gospodarstwami domowymi. Bardziej szczegółowe informacje znaleźć można w wydawnictwach specjalistycznych GUS.

Po trzecie, statystycy w wielu krajach, w Polsce też, prowadzą eksperymentalne badania nad wyceną wartości pracy gospodarstw domowych (na własne potrzeby). Szacunków z tego zakresu jest już sporo. Pojawiają się koncepcje włączenia tej kategorii działalności do produktu krajowego brutto, czemu ja osobiście jestem przeciwny. Uważam natomiast, że pracę gospodarstw domowych należy wyceniać, gdyż tworzy ona bogactwo narodowe.

Gospodarka jest bardzo skomplikowanym organizmem społecznym. Statystyka zajmuje się zarówno rekinami, jak i planktonem. Zauważenie tego wymaga jednak odrobiny dobrej woli.


2009-02-05 23:43

O doradcach ekonomicznych

Od dawna pisałem, między innymi w tym blogu a także w felietonach w „Parkiecie”, że głowa państwa powinna mieć doradcę do spraw ekonomicznych. Czytałem kiedyś w wywiadzie z zaufaną osobą braci Kaczyńskich, na pierwszej stronie Rzepy, że bliźniacy zaczynają się nudzić po pięciu minutach rozmowy o gospodarce. Nie będę przytaczał mało pochlebnych komentarzy polskich ekonomistów o opiniach na temat gospodarki wypowiadanych przez głowę państwa, najprawdopodobniej bez wcześniejszych konsultacji z kimś zorientowanym.

Wreszcie doczekaliśmy się. Podano, że głowa państwa ma dwóch doradców do spraw gospodarczych. Pozwolę sobie na refleksje, jakie warunki powinien, moim subiektywnym zdaniem, spełniać taki doradca. Po pierwsze, nie powinien wyznawać skrajnych poglądów. Na przykład takich, że na lewo to już tylko jest ściana. Wskazane byłyby umiarkowane poglądy. Po drugie, powinien się cieszyć autorytetem w środowisku ekonomistów. Po trzecie, nie powinien być politykiem ani mieć ambicji politycznych, przede wszystkim takich, które nigdy nie zostały zrealizowane.

W Polsce powszechne jest przekonanie, że ekonomistą może być każdy, kto myśli zdroworozsądkowo. Stąd prawnicy, inżynierowie, astronomowie, lekarze, nauczyciele fizyki, mechanizatorzy rolnictwa i pewnie inni lubią udawać ekonomistów, a publiczność bardzo łatwo się na to nabiera. Dobrze się stało, że głowa państwa ma wreszcie, mniej więcej w połowie kadencji, nawet dwóch doradców ekonomicznych, którzy są autentycznymi ekonomistami. Gorzej, że nie spełniają oni moich wszystkich trzech subiektywnych warunków łącznie.