Blog Bohdana Wyżnikiewicza

Gospodarka widziana z dystansu

Archiwum: styczeń 2009

2009-01-26 20:35

Inflacja i euro

W dziś opublikowanym comiesięcznym Biuletynie Statystycznym GUS przyjrzałem się inflacji w krajach Unii Europejskiej. W świetle tezy, że wprowadzenie wspólnej waluty spowodowało wysoki wzrost cen w krajach strefy euro skoncentrowałem się na porównaniu wzrostu cen w krajach 27-ki między grudniem 2008 r. a średnią z roku 2005.

W EU 27 odnotowano wzrost cen o 9,0 proc., a strefie euro o 7,9 proc. Znacznie wyższa inflacja poza strefą euro jest zasługą kilku krajów z krótkim stażem w Unii, krajów nadbałtyckich oraz Bułgarii i Rumunii ze wskaźnikiem inflacji ponad 20 i nawet 30 procent.

W krajach starej Unii poza strefą euro Szwecja odnotowała wzrost cen o 7, 0 proc., Dania o 7,3 proc., a Zjednoczone Królestwo o 9,3 proc. Zdecydowanymi liderami niskiej inflacji w strefie euro są Niderlandy (5,1 proc.) i Francja (6,5 proc.).

Słowacja i Słowenia osiągnęły zbliżony rezultat 11,4 i 11,5 proc. W Austrii, we Włoszech i w Grecji, czyli w krajach, w których rzekomo szalała inflacja po wprowadzeniu wspólnej waluty nie było najgorzej, jej wzrost wyniósł odpowiednio 7,4, 8,7 i 11,6 proc. Wskaźnik dla Polski wynosi 9,4 proc.

Szybki przegląd inflacji w omawianym okresie (z początkiem kryzysu wyostrzającym niekorzystne zjawiska) pozwala na sformułowanie kilku wniosków.

Wzrost cen w strefie euro nie był nadzwyczajnie szybki i nie różnił się znacząco od inflacji w rozwiniętych krajach poza strefą euro.

Wzrost cen w krajach nowo przyjętych do Unii, które przystąpiły do refy euro był znacznie niższy niż w krajach, które nie przystąpiły do Unii.

Inflacja w Polsce kształtowała się zarówno powyżej poziomu w strefie euro, jak i powyżej średniego poziomu w całej Unii.

Poziom inflacji w krajach poza strefą euro zależy głównie od jakości polityki monetarnej, a także polityki makroekonomicznej oraz od wielkości kraju (im kraj mniejszy, tym większe prawdopodobieństwo wyższej inflacji.

 


2009-01-21 21:40

Źle się dzieje…?

„Prezydent Lech Kaczyński zapowiedział, że zwróci się do Najwyższej Izby Kontroli o zbadanie przyczyn “znacznego obniżenia dochodów budżetu państwa” w ostatnich miesiącach 2008 r. Prezes PiS Jarosław Kaczyński ocenił, że coś niedobrego dzieje się z polskimi finansami publicznymi i z polskim rządem.” przeczytałem w informacji PAP umieszczonej w portalu Wirtualna Polska.

Od dawna postuluję, by Prezydent RP znalazł sobie doradcę do spraw ekonomicznych.

Praktyka stosowana w finansach publicznych od lat jest taka, że faktyczne znaczenie ma tylko tzw. wykonanie deficytu budżetowego, reszta wskaźników ma znaczenie formalne i kontrolne. Chodzi o to, że przekroczenie wysokości deficytu zapisanej w ustawie budżetowej (czyli de facto naruszenie prawa) grozi odpowiedzialnością konstytucyjną całego rządu. Dochody budżetu wykonano w 90,1 proc., wydatki w 83,4 proc., a deficyt w 90,8 proc. Nie ma najmniejszego znaczenia, jak wielkość deficytu rozkłada się w ciągu roku, zależy to od taktyki wydawania pieniędzy, rozkładu w czasie różnych płatności i tyle. W 2007 roku w ciągu 11 miesięcy zrealizowano zaledwie 20 procent planowanego deficytu, a w całym 2007 roku 56,4 proc. I co? I nic. W 2008 roku było to 56,4 i 90,1 proc.

Pytanie o przewidywany deficyt budżetu w 2009 roku zadano dziś pewnemu analitykowi finansowemu w pewnej telewizji. Ten uczciwie przyznał, że nie zna się na tej sprawie, po czym powiedział, że skoro deficyt w grudniu wyniósł 1,5 mld zł, to znaczy, że w roku 2009 wyniesie on 1,5 X 12, czyli 18 mld złotych albo więcej. Moi młodsi koledzy powiedzieliby, że palnął jak łysy o beton. [w rzeczywistości na koniec listopada wielkość deficytu wynosiła 14,8 mld, a na koniec grudnia 24,5 mld złotych].

Był to kolejny przypadek braku orientacji w elementarnych sprawach makroekonomicznych przez analityka rynków finansowych.


2009-01-06 10:49

Zazdroszczę Braciom Słowakom

Po pierwsze, że udało im się.

Po drugie, że mają to za sobą.

Po trzecie, że mają odpowiedzialnych polityków, którzy myślą perspektywicznie.

Po czwarte, że czeka ich kontynuacja szybkiego wzrostu gospodarczego wspomaganego teraz efektem konwergencji.

Po piąte, że nie muszą obawiać się huśtawki kursu walutowego.

Po szóste, że dokonali kolejnego kroku do pełniejszej integracji europejskiej.

Po siódme, że nie obawiali się podjąć ambitnego wyzwania.

Po ósme, że stali się liderem transformacji.

Po dziewiąte, że dali przykład do naśladowania swoim sąsiadom.

Po dziesiąte, że będą mieli więcej do powiedzenia w Unii, jako członek najważniejszego klubu.

Po jedenaste, że pokazali że chcieć, to móc.

Po dwunaste, że…

 

PS. Refleksja po przeczytaniu niektórych komentarzy to tego wpisu: skąd u niektórych internautów tyle mieszaniny nienawiści i ignorancji w sprawie euro.