Blog Bohdana Wyżnikiewicza

Gospodarka widziana z dystansu

Archiwum: październik 2008

2008-10-31 23:34

Statystyka i życie

Sięgnąłem do statystyk Eurostatu i przeczytałem, że w pierwszym półroczu wzrost PKB w Stanach Zjednoczonych był wyższy niż Unii Europejskiej (dane z 8 października).

 I kw. UE15: 2,1 proc., UE27: 2,3 proc., USA 2,5 proc.

II kw. UE15: 1,4 proc., UE27: 1,7proc., USA 2,1 proc.

Danych o trzecim kwartale jeszcze nie ma dla Unii Europejskiej, natomiast wczoraj pojawiły się dane (wstępny szacunek) dla USA, spadek o 0,3 proc. Szkopuł w tym, że Stany Zjednoczone nie
są w Unii Europejskiej (to był żart), w związku z czym stosują swoją metodologię rachunków  narodowych, nieporównywalną z europejską. Eurostsat przeliczy do warunków porównywalnych, ale z pewnym opóźnieniem.

Już dziś można powiedzieć z dużym prawdopodobieństwem, że po trzech kwartałach utrzyma się wyższy wzrost gospodarczy w Ameryce niż w Unii Europejskiej. Jak będzie na koniec roku, na razie nie wiadomo. Bardzo przepraszam wyznawców tezy, że w Ameryce szaleje recesja, ale na razie jest to teza nie do końca udowodniona.

Po raz kolejny statystyka nie potwierdza odczuć wielu ……… proszę o dopowiedzenie słowa,  które Państwu najbardziej pasuje w tym miejscu.

Rozmawiałem dziś w TVN (poza planem) z redaktorem Romanem Młodkowskim, który  wysunął bardzo ciekawą hipotezę w sprawie scenariusza rozwojowego gospodarki globalnej. Nie chcę tu spalać hipotez znakomitego dziennikarza, zatem pozwolę sobie wrócić do sprawy za jakieś dwa – trzy tygodnie, kiedy zostanie już ona (ta hipoteza) wykorzystana.


2008-10-31 16:33

Czegoś tu nie rozumiem

Nie ma pojęcia co kierowało Jerzym Krajewskim, dyrektorem Instytutu Bankowości Spółdzielczej, że publicznie atakuje mnie nie bardzo wiem za co. Używa do tego ataku blogbanku i nawet strony swojej firmy. Nazywa mnie ekspertem (w cudzysłowu), nieomal obwinia o światowy kryzys finansowy, twierdzi, że „Wasze” (nie wiem czyje?) prognozy są warte mniej niż zero, atakuje mnie (w liczbie mnogiej) za wspieranie wprowadzenia w Polsce euro, wmawia (mi/nam?), że w rządzie jest „Wasz dyrygent” itd. Gdybym był pieniaczem, poszedłbym do sądu, za publiczne podważanie mojej niezależności.  

Jeżeli coś takiego pisze sfrustrowany internauta, to pal licho, ale dyrektor tzw. instytutu bankowości spółdzielczej, to jest to co najmniej dziwne. Chodzi mi tu i o formę i o treść. Coraz częściej wmawia się mi niewypowiedziane opinie. Taka widać moda. 

Ciekawi mnie, gdzie Jerzy Krajewski znalazł moje opinie wypowiadane rzekomo kilka miesięcy temu na temat zdrowia światowego systemu finansowego. Czekam na informacje w tej sprawie zanim podejmę stosowne kroki. Informuję przy okazji, że zajmuję się analizami makroekonomicznymi Polski i tego dotyczą zwykle moje publiczne wypowiedzi. 

 PS. Ciekawi mnie także Instytut Bankowości Spółdzielczej. Na stronie www nie ma szerszych informacji o tej firmie.


2008-10-29 14:12

Straszenie

Rola mediów w nakręcaniu spirali globalnego kryzysu finansowego jest ogromna i bezprecedensowa. Media takie są i wiele nie można na to poradzić. Gorsze jest to, że mediom wtórują rozmaici analitycy, przez co narasta psychoza strachu.

Kryzys najbardziej, jak dotąd, dotknął rynki kapitałowe. Efektem tego stała się medialna nadaktywność analityków tych rynków, którzy bez większych oporów wyrażają się także w kwestiach makroekonomicznych. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby dysponowali oni, lub przynajmniej ich większość, elementarną wiedzą z tego zakresu. Tymczasem wielu z nich nie dostrzega oczywistego faktu, że mechanizmy makroekonomiczne nie podlegają regułom rządzącym rynkami kapitałowymi. W efekcie, przenosząc swoje frustracje na poziom makroekonomiczny tylko pogarszają nastroje i formułują czarne scenariusze, które mogą stać się samosprawdzającymi się prognozami.

Niektórzy analitycy nie potrafią formułować własnych tez, wobec czego ich ulubionym chwytem jest odwoływanie się do opinii znalezionych w Internecie. Podawane są linki, wyciągane tytuły, które straszą i szerzą panikę. Takie podejście jest bezpieczne dla zainteresowanych. Oni „tylko” cytowali kogoś tam, już to noblistę, już to lewicującego profesora ekonomii, już to nikomu nie znanego autora, który w historycznej perspektywie może okazać się zwykłym prowokatorem.

Idąc wzorem swoich guru anonimowi internauci podrzucają opinie anonimowych ekspertów.

Paul Tetlock z University of Texas at Austin przeprowadził analizę wpływu opinii zamieszczanych w komentarzach Wall Street Journal na nastroje inwestorów wyrażające się zmianami indeksów DJIA i S&P 500. Posłużył się ekonometryczną analizą ponad 3700 obserwacji z wydań codziennej kolumny WSJ „Abreast of the market” (Nadążać za rynkiem) między styczniem 1984 r. a wrześniem 1999 r. Używał zestawień liczby słów w 77 „psycho-social” kategoriach słownika Uniwersytetu Harvarda.

Tetlock przyjął założenia, że wymowa porannej lektury „Abreast of the market” wpływa na nastroje i reakcje inwestorów tak jak poranna prognoza pogody wywołuje reakcje ludzi. Obliczył prosty miernik pesymizmu prasowego przy wykorzystaniu analizy głównych składowych (PCA). Obliczenie międzyokresowych związków między miernikiem pesymizmu prasowego a zachowaniami rynku przy pomocy modelu VAR pozwoliło na wyciągnięcie następujących konkluzji:


  • Wysoki poziom pesymizmu mediów przepowiada presję na obniżkę cen na rynku, po czym następuje powrót do wycen fundamentalnych,

  • Niezwykle wysoki lub niski poziom pesymizmu mediów prognozuje wysoki wolumen obrotów,

  • Niskie zwroty z kapitału na rynku prowadzą do wysokiego pesymizmu mediów.

  • Testy statystyczne odrzucają hipotezę, że media dostarczają nowe informacje dotyczące fundamentalnej wartości aktywów oraz drugą hipotezę, że media podają informacje bez związku z rynkiem.
Co ciekawe, nie stwierdzono statystycznie istotnych zależności miedzy optymizmem mediów a reakcjami inwestorów.


2008-10-26 22:50

Prezydenci, premier i ekonomiści

Pogadanka – tak posumował pewien dziennik zeszłotygodniowe spotkanie prezydenta z ekonomistami. Chodziło o efekt PR (public relations) zgodnie stwierdzili w studio telewizyjnym ekonomiści, którzy uczestniczyli w spotkaniu.

Nic nowego pod słońcem. Miałem okazję brać udział w dwóch podobnych spotkaniach. Pierwsze miało miejsce siedemnaście lat temu w Belwederze, gdzie gospodarzem był Lech Wałęsa, drugie niecałe trzy lata temu w Kancelarii Premiera, gdzie gospodarzem był Kazimierz Marcinkiewicz.

W pierwszym spotkaniu, jak to zapamiętałem, miała miejsce ożywiona dyskusja, jako, że był to początek transformacji. Uczestnikami spotkania byli ludzie, którzy mieli coś do powiedzenia. Sensacją dnia była wtedy wiadomość o odstąpieniu od stałego kursu złotego wobec dolara. Stały kurs wynosił wówczas 9500 PLZ, czyli 0,95 PLN.

Niezły numer wyciął wówczas gospodarz, który zmył się mniej więcej po kwadransie. Powstała zabawna sytuacja, kiedy mówca, zwolennik oliwienia gospodarki dodatkowym pieniądzem, stwierdził, że dobrze się dzieje, że prezydent przysłuchuje się wypowiedziom. Sala ryknęła śmiechem, a ów mówca nie wiedział dlaczego.

Drugie spotkanie miało już prawie wyłącznie PR-wski wydźwięk. Zaproszeni zostali ekonomiści akademiccy i think tanki. Uzgodniono, że niezależne ośrodki będą wspomagały rząd swoją  wiedzą ekspercką, ale raczej niewiele z tego wyszło. W trakcie spotkania zabrałem głos i powiedziałem gospodarzowi, że ociąganie się z wchodzeniem Polski do strefy euro, to „słuchanie podszeptów szatana”. Premier odrzekł, że użyłem bardzo mocnych słów, czemu nie zaprzeczyłem i do dziś uważam, że miałem rację. Po mojej wypowiedzi nastąpiła rzecz zdumiewająca, przynajmniej dla mnie. Oto kilka osób zaatakowało mnie wygłaszając odmienne opinie. Ich prawo, aczkolwiek spotkanie miało na celu wygłaszanie opinii, a nie prowadzenie polemik.

Po kilku tygodniach moje zdumienie było jeszcze większe, kiedy okazało się, że pewni uczestnicy tego spotkania otrzymali już to posady w rządzie, już to eksponowane stanowiska w administracji państwowej. Przypuszczam że owe nominacje i wyrażanie zdania przeciwnego do mojego nie miały ze sobą nic wspólnego.


2008-10-23 17:34

Suwerenność w globalnej gospodarce

W świetle osłabienia kursu złotego z ostatnich dni i godzin chciałbym poznać opinię tych, którzy upierali się przy zdaniu, że wprowadzenie wspólnej waluty europejskiej euro pozbawi nas suwerenności, także w polityce kursowej.

Słowacja, kraj znacznie mniejszy od Polski i o mniejszym potencjale gospodarczym ma stabilny kurs walutowy, gdyż jest on postrzegany przez inwestorów praktycznie jako kraj ze strefy euro. Euro jest walutą rywalizującą aktualnie z dolarem o prymat w gospodarce światowej. Polska natomiast, ze swoją walutą, egzotyczną dla większości inwestorów światowych, jest krajem ryzykownym, dlatego też uciekają gdzie pieprz rośnie. Bez znaczenia jest tu fakt, że fundamenty makroekonomiczne są dobre, lub nawet bardzo dobre, wystarczy, że zaliczamy się do emerging markets. Cóż takiego mamy z suwerenności, skoro kurs walutowy jest tak niestabilny.

Czyżby politycy i społeczeństwa kilkunastu europejskich krajów (teraz strefy euro) nagle stracili zbiorowo rozum i zrezygnowali ze swoich narodowych walut o znacznie dłuższej historii i tradycji niż polski złoty? Nasza waluta nawet za mojego życia była poddana wymianie, hiperinflacji i denominacji. Mam całą kolekcję monet i banknotów, które wyszły z obiegu. Mam taż banknoty jedno i dwudolarowe z początku XX wieku, które bez kłopotu można wydać lub wymienić w dowolnym banku amerykańskim. Niektóre z nich są warte więcej niż wynosi ich nominał. 

Sentymenty sentymentami, a realia globalnej gospodarki realiami.

 


2008-10-16 22:55

Eurosceptycy w natarciu

Niejaki 2008cynik9 napisał w dwagrosze.blogspot.com

Na razie jednak premier Tusk jest niezbędny w kraju dla zapowiedzianego “uzyskiwania akceptacji”. Najwyraźniej Polacy zostaną wzięci w dwa ognie bo oprócz premiera Tuska przymierza się do nich także Bohdan Wyżnikiewicz z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Uważa on że najważniejszymi zadaniami są teraz “przekonanie społeczeństwa, że euro nie oznacza wzrostu cen i kontrolowanie tego procesu, by przy zmianie waluty ceny nie wzrosły”.

Jakaś dziwna logika panuje w tym instytucie – skoro nie oznacza wzrostu cen to po kiego licha coś kontrolować? A jak oznacza wzrost cen, to po kiego licha kłamać awansem że nie oznacza? My już sobie wyobrażamy tego Wyżnikiewicza z nosem długim na pół metra jak Pinokio! W każdym kraju wprowadzenie euro wiązało się ze znacznym wzrostem cen, i żadne gusła i zaklęcia tego nie zmienią. Wystarczy zagadnąć Niemców czy Holendrów, a nie słuchać zapewnień Wyżnikiewicza. Albo jeszcze lepiej – wybrać się na narty na Słowację na początku 2009 i zobaczyć samemu.”

Rozumiem, że w RP panuje wolność słowa i można pisać co się chce, z przypisywaniem każdemu złej woli polegającej na kłamstwie włącznie. Tyle, że rozumowanie 2008cynik9 jest dziurawe jak ser szwajcarski.

Po pierwsze, o inflacje obliczają statystycy, a nie przypadkowi Niemcy czy Holendrzy. Jak to wyglądało w krajach strefy euro po zmianie waluty pisałem wielokrotnie w blogbanku.pl.

Po drugie, zawsze istnieje pokusa podnoszenia cen przez ich zaokrąglanie, stąd potrzeba czasowego monitoringu cen.

Po trzecie, Instytut, w którym jestem zatrudniony zachowuje się logicznie, a ja wyrażam swoje osobiste opinie, także w mediach.

 


2008-10-16 17:06

Amnezja?

Media donoszą o posunięciach banków ograniczających niezwykle łatwy dostęp do kredytów hipotecznych jako niemalże o zamachu na prawa obywatelskie. Zapominają jednak, że tak naprawdę, to chodzi o powrót do normalności. Znam kogoś, kto brał kredyt mieszkaniowy w drugiej połowie lat 90. W porównaniu ze stawianymi dziś „restrykcjami” miał on postawione dużo trudniejsze warunki do wypełnienia. Pamiętam, że odmówiono mu objęcia kredytem miejsca w garażu, domagano się szacunku wartości mieszkania biegłego budowlańca wyznaczonego przez bank, weksli od żyrantów do chwili uruchomienia hipoteki. Załatwianie procedur trwało około trzech miesięcy mimo faktu, że kredyt opiewał tylko na około 40 procent ceny dla dewelopera. Okazało się, że kredyt hipoteczny znajomego zajmował pierwsze miejsce w sporządzanych wówczas rankingach produktów bankowych. 

Oczywiście nie nawołuję do powrotu do takich ograniczeń, zwracam tylko uwagę na fakt, że wkład własny przy kredycie hipotecznym powinien być czymś naturalnym. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że rozluźnienie kryteriów udzielania kredytów hipotecznych było efektem ostrej walki konkurencyjnej banków, ciągłego wzrostu cen nieruchomości i ogólnie dobrej sytuacji sektora bankowego. Poza wszystkim, z założenia, kredyty  hipoteczne w polskim wydaniu są dość bezpieczne dla banków. W świetle wydarzeń w świecie działania polskich banków w sprawie kredytów hipotecznych są czymś oczywistym. 

Taki rodzaj amnezji jest typowy dla mediów. Często mam wrażenie, że dla wielu dziennikarzy historia zaczęła się wczoraj. Takie stawianie sprawy dostarcza czytelnikom kolejnych złych wiadomości, a o to przecież w końcu chodzi.