Blog Bohdana Wyżnikiewicza

Gospodarka widziana z dystansu

Archiwum: listopad 2007

2007-11-05 22:46

Ekonomista - zawód czy zajęcie?

Kiedyś w programie Tomasza Lisa „Co z tą Polską” senator Zbigniew Romaszewski zapytał Andrzeja Olechowskiego, czy był on ekonomistą, kiedy obejmował tekę ministra finansów. Zaiste zdumiewające pytanie. Po pierwsze, senator wykazał się brakiem przygotowania do programu lub niewiedzą, że Andrzej Olechowski jest doktorem ekonomii i absolwentem SGH (wówczas SGPiS). Po drugie, nie wyobrażam sobie tak nieodpowiedzialnego premiera, który do zarządzania państwowymi pieniędzmi powołałby zootechnika, historyka sztuki albo nauczyciela fizyki z podstawówki.
Najbardziej zdumiewający jest jednak pokutujący w polskim społeczeństwie lekceważący stosunek do zawodu ekonomisty. Wielu wydaje się, że ekonomistą może zostać każdy, kto przeczyta kilka książek, odbędzie kadencję sejmową w komisji gospodarki lub pogra na giełdzie kilka lat. Szczególnie łatwo na ekonomistów przekwalifikowują się absolwenci studiów technicznych. Najgorszą cechą takich samouków inżynierów - ekonomistów jest traktowanie procesów i zjawisk gospodarczych jak reakcji fizycznych czy działań urządzeń mechanicznych. Ich inżynierskie myślenie nie ogrania sytuacji, w której instrument polityki gospodarczej daje odmienne efekty w różnych sytuacjach, np. w różnych fazach cyklu koniunkturalnego. Problem w tym, że ekonomia jest nauką społeczną, czego domorośli ekonomiści nie wiedzą.

 

Mało kto w Polsce zdaje sobie sprawę z faktu, ze w rozwiniętych gospodarkach rynkowych studia ekonomiczne należą do jednych z najtrudniejszych.

 

Przez kilka lat pisałem cotygodniowe felietony do pewnego dziennika. Redakcja dała mi wolną rękę w wyborze tematu. Kiedyś napisałem felieton o tym, że samoucy inżynierowie - ekonomiści nie powinni być decydentami w gospodarce z powodów, które naszkicowałem powyżej. Do napisania tego tekstu skłoniła mnie rozmowa z doradcą gospodarczym ówczesnego premiera, który był samoukiem inżynierem - ekonomistą. Włosy stanęły mi dęba po usłyszeniu koncepcji gospodarczych doradcy premiera. Pewien redaktor poinformował mnie, że tekst nie spodobał się kolegium redakcyjnemu jako trywialny. Po tej rozmowie zakończyłem współpracę z tą gazetą.

 

Epilog całej sprawy był taki, że w dwa tygodnie po ukazaniu się felietonu doradca premiera podał się do dymisji. Podejrzewam, ze moje aluzje z felietonu przerosły wyobraźnię kolegium redakcyjnego.