Kosztowny sukces?
Od dawana ubolewam nad niskim poziomem edukacji i wiedzy ekonomicznej w Polsce. Przyznam się, że z niepokojem otwieram autorskie teksty zamieszczane na bankier.pl. Stykam się tam często nie tylko z niezrozumieniem sensu elementarnych kategorii ekonomicznych, ale także z nieustanną nieodpowiedzialną skłonnością do pomniejszania pozytywnej wymowy informacji gospodarczych.
Piotr Lonczak pisze tak w dzisiejszym (27 stycznia) komentarzu do informacji GUS o wzroście PKB o 4,3 proc. w 2011 roku:
„Wzrost na poziomie 4,3 proc. jest statystycznym sukcesem, za który płacimy wysoką cenę. Rachunek zysków i strat gospodarstw domowych bez wątpienia wskazałby, że Polacy chętnie zrezygnowaliby z czteroprocentowego wzrostu PKB na rzecz 1 proc. inflacji i spadającego bezrobocia.”
Na początek kilka istotnych informacji metodologicznych. Wzrost PKB, to także wzrost dochodów ludności i przedsiębiorstw, wzrost przychodów budżetu, wyższe spożycie dóbr i usług przez ludność i wyższe spożycie publiczne, przyrost majątku produkcyjnego i nieprodukcyjnego. Bez wzrostu PKB nie odnotowalibyśmy wzrostu tego wszystkiego. Obliczenia PKB eliminują wpływ inflacji i oznaczają realne zmiany.
Z perspektywy gospodarstw domowych najistotniejszy jest wzrost spożycia indywidualnego. W 2011 roku wzrosło ono realnie o 3,1 proc.
Gdyby przyjąć rozumowanie Piotra Lonczaka, czyli osiągnąć spadek bezrobocia i inflację na poziomie 1 proc., to aby osiągnąć taki cel, produkt krajowy brutto musiałby spaść znacznie, powiedzmy o 3-4 procent. Cudów nie ma, coś za coś. Kto byłby wówczas z tego zadowolony? Na pewno nie polskie gospodarstwa domowe. Wątpliwy byłby wtedy wzrost spożycia indywidualnego, choć z pewnością zadziałałyby tzw. automatyczne stabilizatory koniunktury. Rzeczywistym kosztem, nie wyimaginowanym, byłoby zwiększenie zadłużenia publicznego.
Wysokie bezrobocie, to między innymi efekt wzrostu wydajności pracy, a także, w dużej mierze, efekt niedostosowania kwalifikacji ludzi do potrzeb gospodarki. Piotr Lonczak nie był uprzejmy zauważyć, że przez większą część 2011 roku bezrobocie spadało, a jego poziom w grudniu był wyższy o 0,1 pkt proc. niż przed rokiem i był powtarzającym się co roku wzrostem sezonowym. Nie było dobrze, ale też nie było dramatu.
Nie zapominajmy jeszcze o istnieniu szarej strefy gospodarczej, dzięki której wiele ludzi osiąga dochody bez płacenia podatków. GUS szacuje liczbę osób pracujących na czarno na niespełna 0,8 miliona.
Wzrost inflacji jest niezaprzeczalnym faktem. Trzeba jednak pamiętać, że wiele składników dochodów ludności jest waloryzowanych, czyli dostosowywanych do wyższych cen.

