Blog Bohdana Wyżnikiewicza

Gospodarka widziana z dystansu

2012-01-27 23:36

Kosztowny sukces?

Od dawana ubolewam nad niskim poziomem edukacji i wiedzy ekonomicznej w Polsce. Przyznam się, że z niepokojem otwieram autorskie teksty zamieszczane na bankier.pl. Stykam się tam często nie tylko z niezrozumieniem sensu elementarnych kategorii ekonomicznych, ale także z nieustanną nieodpowiedzialną skłonnością do pomniejszania pozytywnej wymowy informacji gospodarczych.
Piotr Lonczak pisze tak w dzisiejszym (27 stycznia) komentarzu do informacji GUS o wzroście PKB o 4,3 proc. w 2011 roku:
Wzrost na poziomie 4,3 proc. jest statystycznym sukcesem, za który płacimy wysoką cenę. Rachunek zysków i strat gospodarstw domowych bez wątpienia wskazałby, że Polacy chętnie zrezygnowaliby z czteroprocentowego wzrostu PKB na rzecz 1 proc. inflacji i spadającego bezrobocia.
Na początek kilka istotnych informacji metodologicznych. Wzrost PKB, to także wzrost dochodów ludności i przedsiębiorstw, wzrost przychodów budżetu, wyższe spożycie dóbr i usług przez ludność i wyższe spożycie publiczne, przyrost majątku produkcyjnego i nieprodukcyjnego. Bez wzrostu PKB nie odnotowalibyśmy wzrostu tego wszystkiego. Obliczenia PKB eliminują wpływ inflacji i oznaczają realne zmiany.

Z perspektywy gospodarstw domowych najistotniejszy jest wzrost spożycia indywidualnego. W 2011 roku wzrosło ono realnie o 3,1 proc.
Gdyby przyjąć rozumowanie Piotra Lonczaka, czyli osiągnąć spadek bezrobocia i inflację na poziomie 1 proc., to aby osiągnąć taki cel, produkt krajowy brutto musiałby spaść znacznie, powiedzmy o 3-4 procent. Cudów nie ma, coś za coś. Kto byłby wówczas z tego zadowolony? Na pewno nie polskie gospodarstwa domowe. Wątpliwy byłby wtedy wzrost spożycia indywidualnego, choć z pewnością zadziałałyby tzw. automatyczne stabilizatory koniunktury. Rzeczywistym kosztem, nie wyimaginowanym, byłoby zwiększenie zadłużenia publicznego.
Wysokie bezrobocie, to między innymi efekt wzrostu wydajności pracy, a także, w dużej mierze, efekt niedostosowania kwalifikacji ludzi do potrzeb gospodarki. Piotr Lonczak nie był uprzejmy zauważyć, że przez większą część 2011 roku bezrobocie spadało, a jego poziom w grudniu był wyższy o 0,1 pkt proc. niż przed rokiem i był powtarzającym się co roku wzrostem sezonowym. Nie było dobrze, ale też nie było dramatu.
Nie zapominajmy jeszcze o istnieniu szarej strefy gospodarczej, dzięki której wiele ludzi osiąga dochody bez płacenia podatków. GUS szacuje liczbę osób pracujących na czarno na niespełna 0,8 miliona.
Wzrost inflacji jest niezaprzeczalnym faktem. Trzeba jednak pamiętać, że wiele składników dochodów ludności jest waloryzowanych, czyli dostosowywanych do wyższych cen.

2012-01-25 20:13

Krwawica posła Palikota

Poseł Palikot wyłowił jedną moją myśl z wypowiedzi dla PAP. Napisał na swoim blogu: „Zdaniem wiceprezesa Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową dr. Bohdana Wyżnikiewicza, zadłużanie się państw jest całkiem naturalne. Ja tam nie widzę nic naturalnego w tym, żeby jacyś nieznani mi rentierzy na drugim końcu świata żyli z mojej krwawicy. Dlatego uważam, że musimy koniecznie zatkać dziurę.”
Na poparcie tezy, że zadłużanie się państw jest czymś naturalnym jest fakt, że wszystkie kraje Wspólnoty notują dług publiczny. Oczywiście można żyć bez długu, jeśli jest się przedsiębiorcą i posłem z majątkiem liczonym w milionach. Zgadzam się w pełni z posłem Palikotem, że należy zatkać dziurę budżetową, bo jeżeli tego nie zrobimy, to zrobi to konstytucja nakazując kreowanie nadwyżki budżetowej.
Poseł Palikot popełnia często spotykany błąd metodologiczny porównując budżet państwa z budżetem domowym. O różnicy między takimi budżetami pisałem o tym wiele razy i nie chcę się powtarzać.
Fragment o nieznanych rentierach na końcu świata, którzy mieliby żyć z krawicy posła Palikota wymaga komentarza. Jak rozumiem, poseł Palikot czuje się osobiście odpowiedzialny za ułamek długu publicznego, jaki statystycznie przypada na niego, czyli za nieco ponad 20 tysięcy złotych, o czym można przeczytać na tablicy świetlnej koło Hotelu Metropol przy rondzie Romana Dmowskiego w Warszawie.
Rzecz wygląda w ten sposób, że za pożyczone pieniądze trzeba płacić odsetki w uzgodnionej wysokości. Czy oznacza to, że rentierzy na końcu świata żyją z krwawicy posła Palikota? Niekoniecznie tak musi być. Podejrzewam, że poseł Palikot ma jakiekolwiek pieniądze w banku i wtedy poseł Palikot żyje z krawicy jakichś nieznanych mu kredytobiorców, może nawet jednym z nich może okazać się czytelnik tego bloga. Pieniądze zdeponowane na procent przez posła Palikota są przecież wykorzystywane przez bank do ich pożyczania, też na procent.
Na szczęście długi zaciąga się z wolnej woli. Dzięki kredytom ludzie mogą kupować sobie mieszkania, auta itd. Oczywiście można unikać zaciągania kredytów, ale wtedy wchodzi się w posiadanie mieszkania czy samochodu znacznie później, chyba, że jest się rentierem, takim jak zapewne jest Poseł Palikot.
Problem z długami sprowadza się do jednej zasadniczej kwestii – trzeba tak się zadłużać, by bez uszczerbku dla swoich finansów można było obsługiwać dług. Ta sztuka znacznie częściej udaje się zwykłym ludziom i znacznie rzadziej rządom, którym budżety ustalają posłowie.

2012-01-20 0:14

Ręce opadają

Proponuję bankierowi.pl, by sam komentował dane GUS (byle nie piórem analityka K.), albo przytaczał opinie kogoś innego niż ISB.

Umieszczony tytuł do poniższej informacji

Produkcja przemysłowa lepsza od

oczekiwań, ale gorsza niż miesiąc temu

“Produkcja przemysłowa spadła w grudniu 2011 r. o 4,9% wobec poprzedniego miesiąca, a w ujęciu rocznym wzrosła o 7,7% wobec wzrostu o 8,7% w listopadzie, podał Główny Urząd Statystyczny (GUS) w komunikacie.

“Po wyeliminowaniu wpływu czynników o charakterze sezonowym produkcja sprzedana przemysłu ukształtowała się na poziomie wyższym o 9,5% niż w analogicznym miesiącu 2010 r. i o 0,9% w porównaniu z listopadem 2011 r.” - głosi komunikat GUS.”

de facto dezinformuje i świadczy o nierozumieniu zjawisk gospodarczych.

Po pierwsze ignoruje sezonowość. Zawsze, powtarzam, zawsze poziom produkcji przemysłowej jest wyższy w listopadzie niż w grudniu.Widać to na przekopiowanym z GUS wykresie.

Po drugie, punktem odniesienia jest ich (ISB) ankieta, a nie realna ocena rzeczywistości, bądź zdrowy rozsądek.

Po trzecie, nie wiadomo, co to znaczy, że produkcja jest gorsza. Czy jest niższa, niż w poprzednim miesiącu (chodzi o jej wolumen), czy może wzrost w miesiącu był był niższy.

Dziennikarze ISB najwyraźniej nie potrafią w jednym zdaniu oddać istoty sprawy.

O tym, jak ta wiadomość irytuje, świadczą dwa pierwsze wpisy internautów.

2012-01-17 0:24

Agencje ratingowe rozrabiają

Ktoś miał szatański pomysł założenia agencji ratingowej. Jest to nie kontrolowana przez nikogo wpływowa organizacja. Od jej komunikatów zależą warunki, na jakich kraje, banki, przedsiębiorstwa a także samorządy i inne organizacje uzyskują finansowanie.
Istnienie i działalność agencji ratingowych zależy od dwóch czynników: potrzeb informacyjnych kredytodawców i wiarygodności samych agencji. Rynki finansowe są leniwe (wolą by wiarygodność kredytową badał kto inny, a same używają prostych modeli decyzyjnych), działają stadnie, zatem oferta agencji ratingowych jest im bardzo na rękę. Wiarygodność agencji ratingowych została wielokrotnie w ostatnich latach naruszona i ich oddziaływanie jest słabsze niż dekadę temu.
Ostatnie ich posunięcia świadczą o tym, że działając nadgorliwie usiłują poprawiać swoją reputację.
Szef niemieckiego MSZ Guido Westerwelle stwierdził, że pora, by powstały niezależne europejskie agencje ratingowe i uspokoiły rynki podenerwowane ciągłymi spekulacjami.

Komentarz w tej sprawie, jaki usłyszałem w polskiej telewizji (nie będę pisał czyj, gdyż zostanę zmieszany z błotem przez zwolenników autora tej wypowiedzi) świadczy o nieznajomości realiów w demokratycznych krajach Europy Zachodniej. Bez trudu można wyobrazić sobie europejskie agencje niezależne od rządów utworzone choćby jako joint venture kilku korporacji doradczych. Rzecz w tym, by klientami takiej organizacji (a może nawet i kilku, by mogły ze sobą konkurować) zostały rządy europejskie. Taka agencja nie musi być finansowana przez rządy, tylko z łatwością utrzyma się sama. By do tego doszło należy w sposób konsekwentny zacząć bojkotować zamorskie agencje ratingowe.

Idealną sytuacją byłoby, gdyby kredytodawcy zamiast ratingów używali zdrowego rozsądku i analiz przeprowadzanych we własnym zakresie.

2011-12-30 23:08

Przedszkolaki pod Akropolem

Widziałem w Atenach taki oto obrazek. Zatrzymuje się autokar przed promenadą prowadzącą na Akropol i wysypuje się niego gromada przedszkolaków. Dwoje wychowawców nie jest w stanie zapanować nad dzieciakami. Na chodniku leży pryzma wyschniętych liści i co chwila jakieś dziecko pobiega do niej, by podrzucić liście w górę, jakby to był świeży śnieg. Wychowawca usiłuje utworzyć kolumnę z dzieci, ale nie jest to możliwe. Co złapie jedno dziecko i doprowadzi do kolumny, to dwoje innych biegnie za jego plecami do liści. Krzyczy on coraz głośniej na dzieciaki, a te nic sobie z tego nie robią.

Zachowanie niesfornych dzieci stanowi miniaturkę zachowań społecznych Greków. Jak się dowiedziałem, powszechne są przejawy szarej gospodarki. Lekceważone jest prawo nakazujące wydawanie faktur fiskalnych, co powoduje, że uszczuplane są dochody z podatku VAT. Taksówkarze, jak mi mówiono, krótki czas wydawali faktury fiskalne, potem przestali łamać liczniki. Opłata za kurs jest negocjowana, na czym korzystają obie strony, a traci budżet. Rząd wprowadził regulację wymuszającą zbieranie faktur VAT. Jeżeli ktoś zarabia rocznie 10 000 euro, jest zobowiązany do przedstawienia fiskusowi faktur VAT za 1000 euro. Jeżeli tego nie zrobi, zapłaci podwyższoną stawkę podatku dochodowego. Oburzenie społeczne z tego powodu jest ogromne.

Mówiono mi, że bezrobocie w Grecji ma miękki charakter, co oznacza inny przejaw szarej sfery, pracę na czarno. Od kiedy do Grecji płyną środki unijne, podobno w Atenach zwiększa się liczba luksusowych willi. Przypomniano sobie, że Grecja miała problemy ze środkami z Planu Marshala z powodu „niegospodarności”.

Dotychczasowa polityka zaciskania pasa najbardziej dotknęła nadmiernie rozbudowaną, jak się wydaje” sferę budżetową. Nie przeszkadza to jednak stałemu widokowi w centrum Aten: sklepy, restauracje i kawiarnie pełne ludzi w środku dnia, w większości przez osoby, które powinny być w pracy. Sektor prywatny radzi sobie nie najgorzej. Wyraźna jest niechęć do inwestowania i transferu pieniędzy za granicę. Dziennikarze pytali mnie o opinię dlaczego nikt ze świata nie chce kupować greckiego majątku, który rząd zobowiązał się sprzedać dla podreperowania budżetu. Moja odpowiedź, że Grecja utraciła wiarygodność na arenie międzynarodowej i w związku z tym ryzyko prowadzenia interesów jest większe niż gdzie indziej spotkała się z niedowierzaniem.

Okazuje się, że mało kto w Grecji zdaje sobie sprawę z powagi kryzysu. Pewnie nikt wiarygodny tego nie potrafił im tego jasno wytłumaczyć. Przypomniałem sobie fragment reportażu z Aten, kiedy to oburzona kobieta twierdziła, że „Europa chce odebrać Grekom ich osiągnięcia socjalne”. Nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że owe osiągnięcia socjalne to były podarunki od „świętych mikołajów”, jak to Leszek Balcerowicz określa polityków rozdających bez opamiętania pieniądze publiczne. Moje pytanie o zasadność 14 pensji w roku spotkało się z odpowiedzią, że przecież w Atenach życie jest tak drogie, że 12 pensji nie wystarcza.

Niedowład greckiej gospodarki dobrze ilustruje wiele danych statystycznych. Wartość eksportu na mieszkańca w dolarach w 1990 roku wynosiła w Grecji 796 (w Polsce 376 dolarów). W 2010 roku grecki eksport per capita w dolarach wzrósł do 1850 (w Polsce do 4184 dolarów). W latach 2004-2010 relacja FDI do PKB w Grecji w pięciu latach była mniejsza niż 1 procent (w Polsce w pięciu latach była większa niż 3 procent. Niska atrakcyjność Grecji dla inwestorów zagranicznych nie jest zatem nowym zjawiskiem.

Ateny, w których mieszka połowa ludności Grecji nie sprawiają wrażenia, że ma tam miejsce kryzys. Ruch przedświąteczny nie był specjalnie duży, ale należy pamiętać, że Boże Narodzenie jest obchodzone tam później niż u nas. Trafiłem na strajk dziennikarzy. Przez radio leciał a muzyka poważna w najlepszych wykonaniach przerywana komunikatami o powodzie strajku.

Rozmawiałem z zagranicznymi wykładowcami na greckich uczelniach. Stwierdzili oni niechęć greckich studentów do samodzielnego myślenia oraz brak entuzjazmu do nauki. Dowiedziałem się też, że usunięcie greckich studentów ze studiów jest praktycznie niemożliwe.

Na pytanie, jak widzę przyszłość gospodarczą Grecji, nie potrafię precyzyjnie odpowiedzieć poza stwierdzeniem, że w czarnych barwach.

2011-12-18 21:57

Relacja i refleksje z OWS

Przez ostatnie półtora miesiąca sporo podróżowałem. Między innymi byłem w Nowym Jorku, gdzie poszedłem obejrzeć na własne oczy akcję Occupy Wall Street. Miałem szczęście, gdyż odwiedziłem okolice Parku Zucotti i obejrzałem miasteczko namiotowe (raczej wioskę) ostatniego popołudnia przed jego „oczyszczeniem” z demonstrantów. Szedłem tam bez żadnych obciążeń, chciałem zorientować się o co chodzi demonstrantom, pod jakimi hasłami protestują, jak ludzie odbierają ich obecność i co zamierzają robić dalej.

Odszedłem nie tyle rozczarowany, co zdegustowany. Ale po kolei. Teren niewielkiego parku był solidnie obstawiony przez policję. Sam park był otoczony barierkami, przez które bez problemu można było przechodzić w obie strony. W środku parku były szlaki komunikacyjne. Policja dysponowała wysięgnikiem z kabiną z przyciemnionymi szybami, podobnym do używanego przy montażach bilbordów. Wysięgnik ten od czasu do czasu podnosił się na wysokość kilku pięter i prawdopodobnie też zostałem sfilmowany i zaliczony do ciekawskich turystów (zrobiłem ponad 100 zdjęć).

Park był praktycznie cały pokryty namiotami i gdzieniegdzie plandekami, które miały za zadanie, jak przypuszczam, utrudnienie policji dokumentowania wydarzeń. Dało się zauważyć wiele haseł wypisywanych najczęściej ręcznie na kawałkach tektury w rodzaju: history made here; occupy for a better world, home grown terrorists: the rich, the banks, the corporations, Wall Street; free the wage slaves; be a patriot, occupy Wall Street; a gość obok trzymał coś przeciwnego: ask not what you can do for your country, ask what your country can do for you; 99% will rule; tax the rich 90%, itd. W różnych konfiguracjach była przypominana relacja (my 99 proc., oni 1 proc.). Flaga amerykańska zamiast gwiazd miała loga dużych korporacji. Można było nabyć koszulki z niektórymi hasłami. Ktoś grał na gitarze, dwie starsze kobiety robiły coś szydełkiem. Słowem nieomal piknik.

Pierwszy raz ujrzałem na własne oczy gościa, który miał wytatuowaną całą twarz. Trzymał w rękach hasło:outlaw Bobby Steele Barney Frank stock sucker of the month.

Moją uwagę zwróciła duża liczba zwolenników Che Guevary i osób otwarcie agitujących za komunizmem. Inaczej mówiąc, dominowali zawodowi rewolucjoniści. W najruchliwszym punkcie stał jeden krzykacz, na którego też nikt nie zwracał uwagi. Stała dziewczyna w ciąży i prosiła o pieniądze dla siebie. Pomoc medyczna demonstrantom mogła być udzielana w namiocie z napisem red-black cross i takimż krzyżem.

Otrzymałem i zabrałem dom przestudiowania kilka ulotek. Nie dowiedziałem się z nich wiele nowego. Sformułowania były populistyczne i odnosiły się najczęściej do dobrze mi znanych faktów z rozkładu dochodów w USA. W diagnozie sytuacji w USA zgadzam się z jednym, że dochody szefów dużych korporacji, w tym banków, są nieprzyzwoicie wysokie i że na kryzysie wiele korporacji dużo zarobiło. Nie znalazłem jednak informacji, w jaki sposób owe 99 procent niezadowolonych miałoby uzyskać swoje od 1 procenta. Trochę żałuję, że przyszedłem po wykładzie, jaki w Parku Zucotti miał wygłosić pewien lewicujący profesor z uniwersytetu, na którym studiowałem ponad 30 lat temu. Przypuszczam jednak, że dla niego i dla wielu innych OWS jest okazją do robienia sobie nazwiska.

14 listopada odniosłem wrażenie, że OWS okazała się jeszcze jedną atrakcją turystyczną Nowego Jorku. Sprawę rozdmuchały nieprawdopodobnie media. Przechodnie patrzyli na protestujących obojętnie, choć widać było także zwolenników tej akcji. Nieporównanie większy tłum Amerykanów tłoczył się do zwiedzania budowy pomnika 11 września 2001 roku.

Okolica NYSE była jeszcze lepiej zabezpieczona niż rok temu, głównie przez nowe zapory. Sporo konnej policji.

2011-11-01 18:43

Zły początek miesiąca

Premier Grecji Papandreu zachował się co najmniej dziwnie. Bez porozumienia się z partnera ze strefy euro zapowiedział referendum w sprawie uzgodnionego niedawno pakietu ratunku finansowego przewidującego m. in. darowanie ok. 100 mld długu greckiego w bankach zachodnich. Badania opinii publicznej i niekończące się strajki i demonstracje uliczne wskazują, że większość Greków jest przeciwna takiemu scenariuszowi. Nie wiadomo, czy Grecy zdają sobie sprawę ze swojej sytuacji i na co tak naprawdę liczą. Przyjmuję, że nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Pamiętam, jak na początku greckiego kryzysu demonstrantka w Atenach powiedziała, że Grecja nie zgodzi się na odebranie jej przez Europę „greckich zdobyczy socjalnych”. Zapomniała tylko dodać, że czternaście pensji rocznie, opłacanie wakacji przez państwo i inne bonusy były finansowane z długu, który trzeba spłacić.

Merkel i Sarkozy są wściekli, rynki giełdowe i finansowe zareagowały histerycznie i trudno się temu dziwić. Ucierpiał nawet złoty, tracąc w połowie dnia 10 groszy wobec dolara.

Nie podejmuję się spekulować, co się wydarzy w najbliższym czasie. A może Papandreu wykonał zagrywkę pokerową, aby nastraszyć Greków, zyskać legitymację społeczeństwa dla pakietu ratunkowego, by w ten sposób zrzucić z siebie odpowiedzialność, za wyrzeczenia, które czekają Greków niezależnie od scenariusza, jaki się zrealizuje.

2011-10-09 22:17

Bardzo krótki komentarz powyborczy

Wstępne sondażowe wyniki wyborów wskazują na kolejną kadencję dotychczasowej koalicji rządowej. To dobra wiadomość dla polskiej gospodarki, pod jednym wszakże warunkiem. W krótkim czasie nowy rząd koalicyjny powinien wprowadzić odważne i radykalne reformy, szczególnie w wydatkach budżetu, aby za cztery lata powszechnie odczuwalne były pozytywne efekty jutro podjętych działań.

Przypuszczam, że obawa przed utratą poparcia społecznego była główną przyczyną dotychczasowych niemrawych reform w wykonaniu koalicji. Doświadczenie w sprawowaniu władzy zdobyte przez poprzednie cztery lata powinno zaowocować bardziej skutecznymi rządami w kolejnej kadencji. Życzyłbym gospodarce i społeczeństwu, by mój scenariusz został zrealizowany.

PS. Link do dłuższej wypowiedzi

http://bankier.tv/bohdan-wyznikiewicz-zdecydowanych-dzialan-potrzeba-juz-teraz-9860.html

2011-09-23 16:08

Sprzedaż detaliczna a PKB

Jak podaje PAP ”wzrost sprzedaży detalicznej w sierpniu o 11,3 proc. to dobra prognoza dla wzrostu PKB w najbliższym czasie - powiedział dziennikarzom w piątek wicepremier, minister gospodarki Waldemar Pawlak.”

 

W tym stwierdzeniu jest tylko trochę racji.

 

Po pierwsze, jeden wskaźnik w jednym miesiącu o niczym nie przesądza.

 

 

Po drugie, sprzedaż detaliczna jest najbardziej zmiennym, przyjmującym albo bardzo wysokie, albo bardzo niskie wartości miesięczne.

 

 

Po trzecie, sprzedaż detaliczna jest, według mojej wiedzy, najmniej wiarygodnym wskaźnikiem publikowanym przez GUS. Rynek do wszystkich wskaźników przywiązuje jednakową wagę.

 

 

Po czwarte, nie ma zauważalnej zależności między tempem wzrostu sprzedaży detalicznej a tempem wzrostu spożycia (co jest wytłumaczalne), a tym bardziej tempem wzrostu PKB.

 

 

Po piąte, sformułowanie „dobra prognoza dla wzrostu PKB” jest cokolwiek niefachowe. Można by powiedzieć, że jest to tzw. wskaźnik wyprzedzający, albo, że wzrost sprzedaży detalicznej pozytywnie wpłynie na prognozę PKB. Sama zaszłość historyczna nie jest prognozą. 

http://www.bankier.pl/wiadomosc/Wzrost-sprzedazy-detalicznej-o-11-3-proc-dobra-prognoza-PKB-2411318.html

2011-09-12 20:28

Antyekonomity

Dzisiaj rano usłyszałem w przeglądzie prasy, że Maciej Samcik napisał w Gazecie Wyborczej, że „wiele prawd zapisanych w podręcznikach ekonomii ląduje w koszu”. Po przeczytaniu artykułu „Sześć ekonomitów” stawiam pytanie: czy oby na pewno? Czy Redaktor Samcik nie zagalopował się.

Nacjonalizacja jest złem. Nigdy o czymś takim mnie czytałem w podręcznikach. W przypadku banków państwa ratowały sytuację, ale robiły to w nadzwyczajnych okolicznościach i z założenia przejściowo.

Pieniądze drukują tylko populiści. Mam w pamięci wyczyny PRLu w latach 80. Popatrzmy na dzisiejsze Zimbabwe. Dodruk pieniędzy nie jest prymitywny w USA i w Unii. Są one przeznaczone na wykup obligacji i nie trafiają bezpośrednio na rynek. Efektu inflacyjnego nie ma, na razie, z powodu niskiego popytu. Są za to kłopoty z długiem publicznym i zagrożenie stagflacją.

Strefa euro już nie jest elitą. Na tę kwestię należy patrzeć z dłuższej perspektywy, a nie dwóch – trzech lat.

Zapomnijmy o ratingach. Tu pełna zgoda.

Swobodny kurs waluty nie zawsze najlepszy. Niby dlaczego specjalna i niepowtarzalna dla innych krajów sytuacja Szwajcarii miałaby naruszyć zalety swobodnego kursu?

Obligacje rządów UE pewną lokatą. Tu też w zasadzie się zgadzam.

Na koniec: nie zgadzam się z tezą Macieja Samcika, że wiele prawd z podręczników ekonomii nadaje się na śmietnik. Ekonomia jest nauką społeczną i pewne, nie wszystkie, prawa mają pełne prawo do ewolucji. W końcu prawa ekonomii wynikają z obserwacji empirycznych.

PS. Okazuje się, że nie wszyscy rozumieją, co piszę. Pewnie nie nadążają za moimi skrótami myślowymi. Dla jasności: uważam, że dodruk pieniądza powoduje inflację i przytaczam znany wszystkim przykład PRLu i Zimbabwe. Wyjaśniam też, dlaczego nie ma, na razie, a może i na razie plus, wzrostu inflacji w USA i UE.